List Pożegnalny do Alkoholu
Alkoholu, poznałam cię ponad 17 lat temu i od razu cię polubiłam. Byłeś przy mnie na wszystkich imprezach w okresie liceum, bywałeś ze mną w pubach. Byłeś dla mnie wsparciem. Sprawiałeś, że czułam się atrakcyjna, że stawałam się bardziej elokwentna, wesoła, odważna. Było mi z tobą dobrze. Nasza przyjaźń kwitła, a nasza znajomość przynosiła mi same korzyści. Nie miałam do Ciebie żalu o to, że czasami, po wspólnie spędzonych wieczorach bolała mnie głowa.
Towarzyszyłeś mi także przez pierwsze 4 lata studiów. Wspierałeś mnie tak samo, jak w liceum. Na 4. roku spotykaliśmy się coraz częściej, głównie w towarzystwie osób, które też bardzo Cię lubiły. Pomagałeś rozładować stres związany z kolokwiami i egzaminami. Byłeś moim przyjacielem. Dzięki tobie czułam się lekka w tańcu i nie miałam problemu z nawiązywaniem nowych znajomości. Na piątym roku odsunęłam się od ciebie, bo zaszłam w pierwszą, a później drugą ciążę. Do tego doszło karmienie dzieci piersią. Tęskniłam za tobą tak bardzo, że pewnie przez ciebie odstawiłam córcie od piersi po zaledwie 3 miesiącach karmienia. Znów się do siebie zbliżyliśmy. Bywałeś u mnie w domu w ciągu dnia, nie tylko wieczorami. Towarzyszyłeś mi przy codziennych obowiązkach młodej mamy. Popołudniami znów chodziliśmy do pubów. Przy tobie odreagowywałam trudy macierzyństwa. Pozwalałeś mi zapomnieć o samotności, pustce i braku zrozumienia. Działałeś lepiej i szybciej niż leki antydepresyjne, więc z nich zrezygnowałam na rzecz ciebie. Byłeś ze mną w trudnych chwilach, zawsze dostępny i gotowy do pomocy.
Nie musiałam na Ciebie długo czekać. Gdy dzieci rozpoczęły edukację zaczęliśmy widywać się codziennie. Uwielbiałam, gdy całymi dniami przebywaliśmy w domu sami.
Czasem nawet chodziłeś ze mną odbierać dzieci ze żłobka i przedszkola. W tym czasie stwierdziłam, że chyba za często się spotykamy i mężowi też przestało się to podobać. Zaszyłam się i wierzyłam, że wszystko jest już OK. Wierzyłam, że się trochę od ciebie odzwyczaję i kiedyś znów będziemy mogli się spotykać. Miałam pracę, zajmowałam się dziećmi, spędzałam czas wolny z rodziną i przyjaciółmi. Nie przypominam sobie, żeby mi ciebie brakowało. Gdy po 8 miesiącach spotkaliśmy się znowu, bardzo szybko przypomniałeś mi o swoich zaletach i od razu z buciorami wtargnąłeś w moje życie.
Byłeś ze mną niemal zawsze i wszędzie, przez ciebie nie miałam czasu dla rodziny.
W nasze spotkania i dochodzenie do siebie po nich, wkładałam tyle energii i wysiłku, że nie miałam siły na życie rodzinne i towarzyskie. Zaniedbywałam przez ciebie swoje obowiązki i zainteresowania. Dla ciebie zdradziłam swoje wartości i cele.
I chociaż wiedziałam, że już mi nie pomagasz, że raczej niszczysz i zabierasz niż wspierasz, to chęć bycia z tobą była silniejsza. Wiele razy obiecywałam sobie i innym, że już więcej nie będę się z tobą widywać, ale tęskniłam i zawsze do ciebie wracałam. Przejąłeś kontrolę nad moim życiem, za bardzo uwierzyłam w twoje dobre chęci, uzależniłam się od ciebie. Nie umiałam żyć bez twojej pomocy. Przestałam być sobą. Bez ciebie było mi źle.
W rezultacie straciłam zaufanie męża, mnóstwo czasu, który mogłam spędzić produktywnie i oddaliłam się od własnych dzieci. Straciłam godność i szacunek do siebie. Teraz już nie możesz mi pomóc. Czuje się zdradzona. Chcę się z tobą rozstać na zawsze. Chociaż wiem, że będzie ciężko, bo wiele miejsc, osób i sytuacji będzie mi o tobie przypominać. Będę jednak unikać wszystkiego, co z tobą związane. Z problemami i silnymi emocjami będę musiała radzić sobie sama lub z pomocą osób, którym na mnie zależy.
Nie będę też mogła dzielić się z tobą swoim szczęściem. Trudno, ale zrobiłeś się zbyt zaborczy i zachłanny. Może będę tęsknić, bo wspólne chwile z początków naszej znajomości będę ciepło wspominać. Jednak teraz już wiem, że tamte lata nie wrócą.
Już nigdy nie będzie między nami tak pięknie. Za bardzo zraniłeś mnie, a ja przez ciebie skrzywdziłam swoich najbliższych. Za dużo nam zabrałeś. Chcę znów być sobą, bez ciebie, chcę sama kontrolować swoje życie i kierować nim bez twojej obecności.
Chcę podejmować świadome decyzje i brać za nie odpowiedzialność.
Chcę spróbować być szczęśliwa.
Żegnam !!!
Wpływ Picia na Życie Uczuciowe
Picie pomagało mi poradzić sobie z uczuciem nudy. Bez pracy, po wykonaniu domowych obowiązków, piłam nie tylko dla rozluźnienia. Piłam, żeby się upić. Moje bezrobocie przestawało być wtedy problemem. Pod wpływem alkoholu wierzyłam, że wszystko się jakoś samo ułoży. Niska samoocena spowodowana brakiem odzewu ze strony pracodawców przestawała doskwierać. Nudne, deszczowe weekendy również były doskonałym pretekstem do picia.
Wszelkie sukcesy – zdana matura, obrona pracy magisterskiej i dyplomowej czy zdane prawo jazdy – to wszystko wywoływało uczucie szczęścia i dumy. Chcąc odczuwać je jeszcze intensywniej – piłam. Alkohol sprawiał, że stres całkowicie odchodził w niepamięć, można było się całkowicie rozluźnić i cieszyć tym, co udało mi się osiągnąć. Traktowałam to jako nagrodę za ciężką pracę, jako coś, co mi się należało. Alkohol nasilał te cudowne odczucia i wprowadzał w stan euforii.
W przypadku uczuć przykrych takich jak złość, wściekłość smutek czy poczucie niesprawiedliwości, alkohol dawał ukojenie. Nie musiałam tych emocji przeżywać do końca. Pozwalał od nich uciec. Frustracja i zdenerwowanie dosłownie rozpływały się w kolejnych dawkach alkoholu, które sobie serwowałam. Zaczynałam odczuwać spokój, a o tym, co nieprzyjemne szybko zapominałam.
Picie alkoholu stało się dla mnie fantastycznym lekarstwem na radzenie sobie z silnymi uczuciami. Zarówno z tymi przyjemnymi jak i przykrymi. Zdawało mi się, że alkohol intensyfikuje emocje przyjemne i neutralizuje te nieprzyjemne. Powtarzające się doświadczenia euforycznego działania ETOH sprawiło, że naturalne sposoby wywoływania pożądanych stanów stały się dla mnie mało atrakcyjne. Sytuacje, które sprawiały, że czułam się dobrze, wymagały wysiłku, zdarzały się okazjonalnie i nie miałam nad nimi kontroli. Natomiast alkohol był łatwo dostępny, działał szybko i sama mogłam decydować kiedy się napiję.
Zapijanie nieprzyjemnych emocji pozwalało o nich nie myśleć, było zwyczajnie ucieczką od rzeczywistości, która mnie „uwierała”. Nie trzeba było szukać możliwości rozwiązania problemu, bo po wypiciu, przestawał istnieć. Z czasem zaczynałam mieć emocjonalną niezależność od otoczenia. Świat zewnętrzny miał coraz mniejszy wpływ, bo zamykałam się w swoim iluzorycznym świcie. Emocje i uczucia stawały się coraz mniej adekwatne do tego, co działo się w otoczeniu. Teraz widzę, że wszystkie przykre emocje zaczęły przekształcać się w głód alkoholowy i potrzebę natychmiastowego poczucia ulgi. To ono stało się dominującą pożądaną emocją po wypiciu pierwszej setki.
W miarę rozwoju choroby i podczas czynnego uzależnienia piłam po to, aby „wyłączyć” ogromne wyrzuty sumienia, które miałam po kolejnym zapiciu, nie dotrzymaniu obietnic, że pić nie będę. To było błędne koło. Przymus picia był silniejszy i z czasem spożywanie alkoholu spowodowało, że utraciłam wiarę w siebie i szacunek do samej siebie.
Wpływ Picia na Życie Duchowe
Przez picie alkoholu zaniedbałam albo całkowicie zrezygnowałam ze swoich zainteresowań, wartości i celów życiowych.
Bycie dobrą matką, bezpieczeństwo i zdrowie moich dzieci od zawsze było dla mnie nadrzędną wartością. Z perspektywy czasu widzę, że w tym obszarze niejednokrotnie zawiodłam. Najbardziej boli mnie i mam do siebie żal o to, że gdy córcia miała 3 miesiące i nadal karmiona była wyłącznie piersią, naszła mnie ochota na piwo i niestety ją zaspokoiłam. Zaczęłam poszukiwać w internecie informacji nt wpływu alkoholu na mleko karmiącej mamy. Znalazłam jakiś artykuł, w którym było napisane, że po wypiciu piwa należy ściągnąć pokarm i odczekać 12h, aby znów można było karmić. To uspokoiło moje sumienie. Nie interesowało mnie o jaką ilość piwa chodzi, ani na ile wiarygodny jest ten artykuł. Liczyło się tylko to, że znalazłam pozwolenie na picie. Po jakimś czasie córcia zaczęła mieć problemy z wypróżnianiem. Obwiniałam za to pokarmy, które spożywałam, ale nigdy piwo. Szybko przestawiłam ją na sztuczne mleko i dałam sobie zielone światło do picia bez ograniczeń. Chociaż podświadomie wiedziałam, że jej problemy zniknęły, bo przestała pić moje „procentowe” mleko, to świadomie cieszyłam się, że pokarmy, które spożywałam nie będą już jej przeszkadzać.
Oprócz tego wielokrotnie zdarzało mi się odbierać dzieci z przedszkola będąc pod wpływem alkoholu. Niesamowite jak bardzo wtedy wierzyłam, że to jest bezpieczne. Potrafiłam także zostawiać je same w domu, aby „wyskoczyć” do sklepu po kolejną ćwiartkę. Wstyd mi przed samą sobą, kiedy to wspominam.
Jednym z moich życiowych celów było nabywanie wiedzy, rozwijanie się i zdobywanie wykształcenia. Zawsze lubiłam uczyć się tego, co mnie interesuje. Na studiach miałam stypendium naukowe i byłam dumna, że koledzy i wykładowcy uważają mnie za ambitną i dobrą studentkę. Niestety na studiach podyplomowych zapał do nauki zniknął. Co prawda w tygodniu pracowałam zawodowo, dodatkowo byłam już mamą, a zjazdy odbywały się w weekedny i czasami po prostu ze zmęczenia nie chciało mi się iść na zajęcia. Ale nigdy zmęczenie nie było powodem, dla którego te zajęcia opuszczałam. Zawsze był to kac. Nieraz zdarzało się, że szłam na wykłady wstawiona i popijałam na przerwach. Nie przeczytałam ani jednej z zalecanych książek, nie robiłam notatek, nie wsłuchiwałam się w wykłady. Pracę dyplomową napisałam na „odwal się” i jakimś cudem udało mi się ją obronić. Teraz widzę, że zmarnowałam czas, pieniądze i szansę na zdobycie wiedzy.
Picie alkoholu miało również wpływ na moje hobby- zawsze uwielbiałam czytać thrillery medyczne i książki o kobietach w islamie. Czytanie ich pochłaniało mnie do reszty, pozwalało zapomnieć na chwilę o otaczającym świecie, odprężyć się i zrelaksować. Poświęcałam temu każdą wolną chwilę, a telewizor mógł dla mnie nie istnieć. Po alkoholu czytanie wydawało mi się nudne, miałam problem z koncentracją i zapominałam o czym czytam. W trakcie zespołu abstynencyjnego nie było mowy o skupieniu się na czytanym tekście. Straciłam coś, co mnie wzbogacało, skłaniało do przemyśleń i pozwalało na ciekawe dyskusje w towarzystwie. Na rzecz alkoholu utraciłam tak łatwodostępny i bezpieczny środek relaksacyjny.
Kolejną nie realizowaną przez picie alkoholu pasją była stylizacja paznokci. Podczas studiów zrobiłam nawet kurs i robiąc to, co lubiłam mogłam sobie trochę dorobić. Spożywanie alkoholu w nadmiarze sprawiło, że przestałam o siebie dbać, a trzęsące się ręce uniemożliwiały precyzyjne wykonywać tego zajęcia.
Taniec- zawsze kochałam tańczyć. Mimo, że zwykle przy tańcu pojawiał się alkohol, to jednak taniec był celem sam w sobie. Gdy moją główną potrzebą stało się picie, przestałam chodzić do klubów, przestałam tańczyć. Wolałam napić się sama w domu, bo taniej, bo szybciej, bo bliżej do łóżka. Teraz, gdy jestem trzeźwa 10 miesięcy chcę powrócić do tej aktywności. Znalazłam już miejsce i ludzi, z którymi będzie bezpiecznie i na pewno bezalkoholowo.
Po napisaniu tej pracy ponownie poczułam złość, wyrzuty sumienia i odrazę do samej siebie, za to że alkohol był ważniejszy niż to, co dla mnie najcenniejsze. Niesamowite, jak pod jego wpływem i kontrolą byłam kimś zupełnie innym. Na szczęście ten etap jest już zamknięty i nie zapominając o nim znów jestem sobą i żyję w zgodzie ze sobą.
Refleksje Przed Pierwszą Rocznicą. PODSUMOWANIE ROKU
Zbliża się rok odkąd nie piję. Skłania mnie to do częstych refleksji na temat tego, co się przez ten czas w moim życiu pozmieniało. Niby nie powinno wprowadzać się zmian w pierwszym roku trzeżwienia, a ja czuję, że te moje mają pozytywny wpływ na mnie i moich najbliższych. Zmieniłam przede wszystkim myślenie, podejście do siebie i otoczenia, przewartościowałam swoje życie. Bezczynność i ciągłe planowanie zamieniłam w działanie. A może po prostu wyzwalam się ze szponów mechanizmów uzależnienia…? Chyba nie tylko o to chodzi… Czuję się teraz bardziej dojrzała emocjonalnie niż przed chorobą. Bardziej się sobie przyglądam, rozpoznaję swoje uczucia i potrzeby i analizuję je. Stałam się bardziej asertywna i staram się żyć w zgodzie ze sobą. Wreszcie polubiłam siebie. Przestałam użalać się nad sobą, obwiniać siebie za wszystko, a swoje sukcesy przypisywać innym. Czuję, że mam kontrolę nad swoim życiem i mój dobrostan w głównej mierze zależy ode mnie. Uczę się działać tak, aby nie burzyć wewnętrznego spokoju i równowagi. Unikam sytuacji, osób i rzeczy, które mają na mnie zły wpływ. Gdy jakieś działania czy sprawy zaczynają mi ciążyć i przeszkadzać, od razu podejmuję kroki w kierunku zmian. Ten wewnętrzny spokój i harmonia są chyba najważniejszym wskaźnikiem mojego trzeźwienia. Coraz rzadziej irytują mnie rzeczy czy sprawy, na które nie mam wpływu. Mam w sobie więcej pokory niż kiedyś. Wreszcie czuję się wolna od alkoholu i dołujących myśli. To takie cudowne uczucie, gdy moje życie nie kręci się wokół kolejnej dawki alkoholu, kolejnej okazji do picia, kolejnego kłamstwa i kolejnej porażki. Wiem, że nie jestem bezbronna wobec alkoholu. Miałam 2 poważne kryzysy w minionym roku i sobie z nimi poradziłam. Instynktownie unikałam samotności i dążyłam do rozmowy z drugim trzeźwiejącym alkoholikiem. Tak też trafiłam do Stefana. Tu otrzymałam wsparcie. Gdy czułam się przeciążona pracą lub jakieś relacje burzyły mój życiowy ład i porządek, starałam się robić wszystko, by wrócić na drogę równowagi. Czuję się silna, bo wiem, jak sobie radzić z głodem alkoholowym i staram się unikać sytuacji, które mogą go wywołać. Siłę czerpię też z tego, iż mam świadomość, że nie jestem sama. Mam wokół siebie życzliwych mi ludzi, którym naprawdę na mnie zależy. To bardzo wzmacnia. Nieoceniona jest rola wsparcia, jakie daje mi mój mąż. Nigdy nie utrudnia mi trzeźwienia. Gdy poproszę – pomaga. Jest na drodze zdrowienia razem ze mną, a nie tylko obok mnie. Docenia moje starania i wierzy w mój sukces. Kontakt z osobami z odwyku i obecnej terapii, z naszego Klubu, a także ze starymi przyjaciółmi, których alkohol mi nie odebrał, pozwala cieszyć się trzeźwym życiem i żyć normalnie. Sprawia, że trzeźwienie to nie tylko wyrzeczenia i poświęcenie, to budowanie nowej, ciekawszej, pełniejszej i bardziej wartościowej drogi życia.
Mimo wszystko cały czas jestem bardzo czujna i analizuję wszystko, co się ze mną w środku dzieje. To mnie wzbogaca, rozwija i w razie potrzeby pozwala odpowiednio wczesnie zareagować.
Wpływ Użalania się nad Sobą na Powroty do Picia
Użalając się nad sobą szukałam pretekstu do picia. Alkohol miał miejsce w różnych etapach moich emocji i stanów emocjonalnych. Samotność, która mi doskwierała wywoływała bezradność, wewnętrzny lęk i niepokój, który tłumiłam najczęściej alkoholem. Czułam się odrzucona, niepotrzebna nikomu i bezradna. Sytuacja ta wywoływała napięcie emocjonalne, z którym nie mogłam sobie poradzić. Wmawiałam sobie jaka jestem samotna i nieszczęśliwa, że wszystko obraca się przeciwko mnie, a każdy następny dzień staje się wiecznością. Proste czynności domowe narastały do rangi problemów. Moje użalanie się nad sobą wywołało we mnie huśtawkę emocjonalną, z którą nie dałam sobie rady. Złość splatała się z wybuchem radości, gniew ze spokojem, łzy ze śmiechem, aż do momentu spożycia alkoholu. Użalanie się nad sobą dawało mi usprawiedliwienie do picia, które w efekcie przyniosło mi tylko szkody. Było też ochronną kopułą oddzielającą mnie od problemów dnia codziennego. Wszystko, co zaplanowałam a nie zrobiłam, zrzucałam na kark słabości i bezradności, nad którymi tak bardzo się użalałam.
Zmieniające się napięcia emocjonalne wywoływały tak wielką hiśtawkę nastrojów, że nie mogłam sobie z nimi poradzić, teraz patrząc na to widzę i zdaję sobie sprawę iż zburzyłam program HALT, czyli byłam głodna (żyłam na suchym prowiancie, a czasami nic nie jadłam). Samotność dokswierała mi na każdym kroku. Dzwoniąc do synów, do rodziny, przyjaciół nigdy nie mieli dla mnie czasu. Byłam zmęczona, gdyż wpadłam w wir porządków domowych, mało spałam, mało odpoczywałam. Zmęczenie z dnia na dzień, dawło mi się coraz bardziej we znaki. Złościło mnie, że nikt nie ma dla mnie czasu, że nikt mnie nie rozumie i nie jest tak samotny jak ja. W tym czasie alkohol był jedynym i sprawdzonym lekarstwem na całe zło…..
STRATY I KONSEKWENCJE SPOWODOWANE NADUŻYWANIEM ALKOHOLU
1.Strata kobiety i jej dzieci
Jako że nie wytwałem do końca żandej terapii, nie chodziłem również na terpię poglębioną, podczas okresów abstynencji starałem się korzystać ze wszystkich zaleceń dotyczących trzeźwienia. Z tego co pamiętam pierwsze szły w niepamięć zalecenia HALT. To nie z braku czasu czy pieniędzy, ale raczej z lenistwa. Stopniowo przestałem jeść śniadanie przed pracą i robić sobie kanapki, myśląc, że kupię coś na miejscu. Często okazywało się, że pochłonięty pracą zapominałem o posiłkach, które zastępowałem kawą. Pracowałem nieraz po 10-12h łącznie z sobotą i niedzielą.Wracając z pracy przystawałem przy kolegach pijących piwo na ławce, rozmawiałem z nimi dłuższy czas niejednokrotnie pijąc bezalkoholowe. Na którymś z koncertów kolejny raz pomyślałem: „jedno mi nie zaszkodzi” i nie skończyło się na jednym. Byłem zapraszany na spotkania towarzyskie, gdzie teoretycznie graliśmy w gry, quizy, kalambury, a w praktyce wszyscy oprócz mnie pili alkohol. Próbowałem rozmawiać o tym z moją ówczesną partnerką. On aodpowiadała jednak, że to mój problem, a ona jest zdrowa. Czasami tel ulegałem naciskom typu „po co tam chodzisz… (mitingi) wyszedłbyś z dziećmi na spacer”. Jednym z powodów rezygnacji z terapii był fakt, że terapeutka doradziła mi zerwanie tego toksycznego związku. Dziś wiem, że miała rację. Po latach, w których kilkumesięczna abstynencja przeplatała się z piciem, postanowiłem, że odejdę i wrócę jeżeli zmieni podejście do mojej choroby. Przecież teoretycznie chciała żebym nie pił. Znalazla sobie kogoś innego. Wtedy cierpiałem i czułem się samotny. Brakowało mi dzieci, kogoś bliskiego. Prysły moje mżonki o normalnej rodzienie. Rzuciłem się w wir pracy, chcąc udowodnić jej, że zrobiła błąd. Kolejna półroczna abstynencja skończyła się kilkumiesięcznym piciem, w efekcie którego znalazłem się tu, na odwyku. Teraz myślę, że pogodziłem sie i z chorobą i ze stratą. Jestem gotowy zacząć nowy okres w życiu, choć wiem, że będzie to trudne.
2.Wychowywanie dziecka
Syna porzuciłem kiedy miał 11 lat. Była to chyba najgorsza rzecz, jaką zrobiłem w życiu. Pisząc te słowa myślę, że po prostu od kilku miesięcy 2005r. jego odwiedziny lub nasze spotkania przeszkadzały mi w piciu. Wykorzystałem, w moim mniemaniu, dobra okazję, żeby winę za moje pijaństwo zwalić bezlitośnie na małe dziecko, a samemu być niby w porządku. Od samego początku związek z jego matka traktowałem bardzo poważnie. Po ok. dwóch latach zaczęliśmy mysleć o dziecku. Często myślałem o tym, co będziemy razem robić, jak dobrze będziemy się bawić. Tymczasem moje uzaleznienie zaczęło dawac o sobie znać. Gdy miał 8 lat, zdarzało mi się cały weekend leżeć na kacu zamiast wyjść z nim na spacer albo zagrac w piłkę. Po tym jak moja żona wyprowadziła się do swojej mamy, syn został na pól roku w szkole na Ochocie. Po zajęciach przychodził do mnie na godzinę. Czasami udawało mi się zrobic dla niego obiad. Później odprowadzałem go do autobusu na Żoliborz. W domu panował z reguły bałagan, który zapoczątkowałem niszcząc niektóe rzeczy należące do mojej żony. Po zakończeniu roku szkolnego wyprowadziłem się na Bródno. W tym okresie przyjeżdzałem po dziecko w weekendy i braliśmy ze soba playstation. Wykorzystywałem to wychodząc z domu by pić lub spać, a syn siedział i grał sam albo zajmowała się nim moja mama. Któregoś razu przyjechałem po syna spóźniony i usłyszałem, że syn jest w kinie. Powiedziałem, że dzieciak nie będzie mnie olewał, wyszedłem nie pomyślawszy nawet o tym, że nie mógł iść do kina bez pozwolenia. Pasowało mi to. Przestałem do niego dzwonić, przyjeżdżać. Gdy przyjechał na Wigilię do mojej siostry nie odzywałem się do niego. Obrażony odprowadziłem go bez słowa do autobusu. Jak autobus zaczął odjeżdżać odezwały się we mnie resztki ludzkich uczuć, waląc pięściami w drzwi chciałem go zatrzymać. Nie chcę nawet mysleć jak musiło czuć się małe dziecko nie wiedząc co zrobiło złego….dlaczego już go nie kocham, nie chcę z nim być. Od wielu lat czuję się z tym jak ostatnia szmata. Picie, poczucie winy i wstydu, na które składały się tez inne krzywdy, któe zrobiłem mu świadomie lub nieswiadomie, nie pozwalają mi na spotkanie. Gardzę sobą za swoje tchórzostwo i podłość oraz za to, że chyba byłem dla niego gorszy niż mój ojciec był dla mnie, bo wydaje mi się, że przez kilka lat mógł odczuć ciepło i miłość, których potem, bez skrupółów, go pozbawiłem.
3. Nie ukończenie liceum
W roku 2002 trochę dzięki motywacji ze strony siostry postanowiłem podjąć naukę w liceum zaocznym. Pracowałem wtedy w drukarni, zarabiałem nieźle. Mogłem pozwolić sobie na utratę paru groszy z tytułu kilku godzin w szkole. Prezes zgodził się, a nawet pozwolił moją chęć do nauki. Trochę z nudów, bo jak mi się zdawało na początku, przypominali program 8 klasy, zamiast na niektóre lekcje zacząłem chodzić do baru po drugiej stronie ulicy lub na koncerty do niedalekiej Proximy. Z czasem szkoła stała się tylko pretekstem żeby wyjść wcześniej z pracy i nie musieć się tłumaczyć żonie, że późno wracam. Swoją nieszczęsną edukację skończyłem już po pół roku, twierdząc że ja to wszystko wiem, że poziom nauczania jest, jak dla mnie, za niski.
4. Nie kontynuowanie pracy w drukarniach
W latach 1998-2004 pracowałem w drukarni. Z początku jako pomocnik maszynisty, a po ok. roku jako maszynista offsetowy. Było to zajęcie dobrze płatne i sprawiające satysfakcję. Miło jest zostawić coś po sobie. Zawsze sprawiało mi przyjemność, gdy widziałem gdzieś wydrukowaną przez siebie książkę lub plakat. W pracy nie piłem wogóle, w pracy bardzo rzadko. W 2002r. zawitał do nas nowy, bardzo utalentowany maszynista będący również mechanikiem. Prezesi bardzo go cenili, a po kilku tygodniach okazało się, że on pije. Gdy prezes zwrócił mu uwagę, że ma 1.5 promila, odpowiedział, że tyle, to on ma zawsze. Bez większego problemu zgadzałem się na wieczorne wyprawy do baru lub na picie w pracy na nocnej zmianie. W 2005r. drukarnia straciła dwóch strategicznych klientów i dnia na dzień pracy było coraz mniej. Moje dochody zmiejszyły się o ponad połowę. Zarabiałem jakieś pieniądze na boku, jednak przeznaczałem je głównie na wódkę. W listopadzie miałem 4 dni pracujące i powiedziałem szefowi, że taką wypłatę, to może sobie wsadzić. Napisałem oświadczenie do sekretariatu, że nie będę pracował na maszynie z uszkodzonym hamulcem i pojechałem do domu, pewny, że dostanę 3-miesięczną odprawę. Otrzymałem czyste świadectwo pracy. Odprawę dostałem, ale jakoże nie wiząłem kopii oświadczenia z podpisem, to na świadecztwie wpisali mi dyscyplinarkę za porzucenie. Może gdybym nie pił, znalazłbym gdzieś pracę bez papierów, ale ja już wtedy wolałem pić dalej. Podejmowałem jeszcze dorywcze prace na najprostrzych maszynach, ale pijany lub na kacu nigdzie nie zagrzałem miejsca.
Moje Życie Duchowe
Zanim rozpiłem się na dobre moje życie nie odbiegało zapewne od sposobu bycia moich rówieśników. Toczyło się między poszukiwaniem stałej pracy, realizowaniem pasji, podróżami; choć stroniłem od życia towarzyskiego – pielęgnowaniem zwyczajnych relacji międzyludzkich. Moja depresja i jej owoc – pijaństwo, zmieniło ten stan rzeczy. Na kilku polach, w sposób dla mnie szczególnie bolesny, może nieodwracalny.
Od połowy liceum stałem się osobą bardzo wierzącą. Religijną – źle powiedziane, choć regularnie uczestniczyłem w obrzędach, praktykowałem codzienne modlitwy. Fascynowały mnie historia Kościoła, rozwój tradycji, spory teologiczne. Moja wiara a w efekcie mój stosunek do otaczającego mnie świata, ufundowałem na dwóch filarach: przedsoborowej wizji Kościoła (żywo ciekawił mnie spór między. lefebrystami a przedstawicielami tzw. kościoła otwartego) oraz na pismach mistyków i ojców pustyni, o których wiedzę czerpałem głównie z teologii prawosławnej. Ikona, chór cerkiewny, pierwsze polifonie, muzyka barokowa, architektura bizantyjska, gotycka wyznaczały granice mojego kosmosu, definiowały moje relacje z Bogiem i ludźmi. Potrafiłem z zaangażowaniem i bez zacietrzewienia bronić zasad wiary zewsząd podważanej, a bez których, jak rozumiałem, obejść się nie mogę.
Wraz z momentem kiedy zacząłem pić moje poglądy i moja wiara zmianie nie uległy. Moje osobiste zaangażowanie w nie – tak. Praktyki religijne stopniowo zarzucałem, kwestiom teologicznym poświęcałem coraz mniej zainteresowania. Chyba dość rozsądnie uznałem, że skoro rozmijają się z moim życiem codziennym, przestały stanowić życiodajną studnię. Wiary nie straciłem, nadzieję z każdą kolejną butelką wódki zastępowała mi beznadzieja. Miłości pozwoliłem wyschnąć. Przekonanie o realności piekła zastąpiłem pewnością, że stanę się pierwszym jego lokatorem. Im więcej piłem, tym bardziej złorzeczyłem sobie, tym bardziej nienawidziłem siebie, tym więcej ulegałem przeświadczeniu, że Ukrzyżowany w swej zbawczej męce uczynił tylko jeden wyjątek. Dla mnie. Z dzisiejszej perspektywy domyślam się jak wiele w tym musiałoby być mojej fałszywej pokory, zranionej pychy i chlupoczącej wódy.
Od czasów licealnych fascynowała mnie Rosja i wszystko co z nią związane: jej historia, kultura, polityka, literatura. Oceniałem to jako dość oryginalny dar w pokoleniu wychowanym wszak w nienawiści do naszego wschodniego sąsiada. W przeciągu kilkunastu tygodni biegle nauczyłem się języka; kiedy przystępowałem do matury chyba doskonale orientowałem się już w klasykach rosyjskiej literatury i poezji; byłem zakochany w malarstwie Ajwazowskiego i Sawrasowa, do późna w nocy słuchałem klasyków rosyjskiej muzyki. Kierunek studiów też poniekąd wybrałem w zgodzie z tymi zainteresowaniami. Kiedy się rozpiłem, zacząłem je tracić. Kiedyś na sam dźwięk mowy rosyjskiej moje serce zaczynało szybciej bić; widok charakterystycznej cebulastej kopuły czy okładki książki poświęconej Rosji budził we mnie odruch podniecenia. Teraz co najwyżej wzruszenie ramion, gest znudzenia. Zdawałem sobie sprawę z tej zmiany. Bolała mnie, jak musi boleć matkę utrata ukochanego dziecko. Zapijałem tę stratę tracąc resztki swojej pasji. Nawet w języku przestałem się doszkalać, szukać z nim kontaktu. Dziś widzę rezultaty: wszak wiadomo, że język, którego się nie używa – zapomina się. W miejsce kontaktów z ludźmi, z którymi podzielałem tę pasję, artykułów czy recenzji o tematyce rosyjskiej, wybrałem alkohol pity szklankami. Chyba ostatnia nić łącząca mnie z przedmiotem dawnej fascynacji.
Od dzieciństwa miałem zawsze bardzo bliskie i ciepłe relacje z moim Tatą. Był dla mnie autorytetem i przyjacielem. On widział chyba we mnie realizację swych marzeń. Uczył mnie gry w szachy, jak rozstawia. namiot, smakować dobrą kuchnię i dobre książki, a nade wszystko zdrowego rozsądku i dystansu do samego siebie. Ode czerpał zapewne bezkompromisowy idealizm i pozbawioną zapalczywości umiejętność dyskutowania o wszystkim. Oboje uczyliśmy się od siebie jak mądrze słuchać. Siebie, ludzi, przyrody. Jeździliśmy często w góry, gotowaliśmy na ognisku, spaliśmy na połoninach, wspólnie spędzaliśmy czas do późna w nocy na rozmowach i liczeniu sputników na niebie . Nasze relacje miały charakter synowsko-rodzicielski, ale i kumpelski w najlepszym tego słowa rozumieniu.
Po śmierci Mamy moje relacje z Tatą uległy najpierw rozluźnieniu, a jak zacząłem pić, gwałtownemu pogorszeniu. Nie mogłem Mu darować, że związał się z podstarzałą blond-łajzą, którą interesowały wyłącznie nasze pieniądze. Tata czynił mi coraz częstsze wymówki, że za dużo piję, choć wtedy nie było to jeszcze prawdą – może tak tylko antycypował wyczekiwanej przez siebie prawdy? Tak czy inaczej działały one na mnie niczym samosprawdzająca się prognoza. Po każdym kontakcie z moim Ojcem rzeczywiście chciało mi się jedynie pić. I piłem. On znalazł swoje własne życie, ja swoje – na dnie butelki. Nawet na trzeźwo przestałem odbierać telefony od Niego – spodziewając się wyłącznie albo głupawych przymileń, albo potoku wyrzutów. Choć zapaść naszych relacji tylko w połowie była zawiniona przeze mnie odczuwałem żal i wyrzuty sumienia, które zapijałem. Kolejne dni i noce zarywałem w pijackich spazmach, a w uszach dźwięczały mi słowa blond-łajzy: „Zobacz, Ci Twoi synowie to tylko pijaki, lepiej kupiłbyś mi zmywarkę i nową pralkę.” Przestałem Ojca nawet odwiedzać, kontaktować się z Nim.
Kiedy zapadł na ciężką chorobę wróciłem jednak do Polski i starałem się codziennie odwiedzać Go w szpitalu. Przykra była świadomość, że mój Tata jedyne czego wtedy ode mnie oczekiwał to odoru gorzały, by mieć pretekst, by jeszcze ze szpitalnego łoża jeszcze raz mnie opierniczyć. A pretekstu nie dałem Mu ani razu.
Ostatnią sensowną rozmowę odbyłem z Nim jakieś dwa lata temu. Na temat ukochanego przez nas Tolkiena. Potem już na zmianę albo nienawidziłem Go, albo piłem. Co działo się po drugiej stronie niewiele mnie obchodziło. Domyślam się głębokiej pogardy. Mimo zbliżającego się nieuchronnego końca, ani On, ani Ja nie wyciągnęliśmy do siebie ręki i nie odbyliśmy ostatniej ze sobą rozmowy. Tej najważniejszej. Myślę, że pozostała w zawieszeniu. Wiem, że jeszcze do niej dojdzie, tylko trochę później. Tego mogę być pewien – stawię się na nią trzeźwy.
Straty
Jesienią 2008 r., mój kumpel od kieliszka i nie tylko, zaprosił mnie na koncert znanej szantowej kapeli. Miał on miejsce w knajpie „Gniazdo Piratów”, czytaj: po polsku: „gdzie trup ściele się gęsto, a za kołnierz się nie wylewa”. Z każdą zagraną melodią na stolikach przybywało opróżnionych szklanek po piwie, z mojej zaś ubywało powoli, gdyż z racji znajomości z gospodarzami lokalu korzystałem z mocniejszych i zmrożonych trunków na jego zapleczu. W pewnym momencie, może w połowie koncertu, dostrzegłem kilka metrów ode mnie prześliczną dziewczynę: szczupłą brunetkę o prostych włosach sięgających tuż za ucho i subtelnie pociągłej twarzy. Wypisz wymaluj – Juliette Binoche z „Niebieskiego”. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Ze zdawkowych słów, które rzucała tu i tam, wywnioskowałem, że jest sama. Chyba musiałem mieć już nieźle w czubie, bo nie wytrzymałem. Poszedłem na zaplecze, strzeliłem najpierw pięćdziesiątkę, a następnie obcasami przy jej stoliku. Lepiej momentu wycyrklować nie mogłem. Tajemnicza nieznajoma trzymała w ręku papierosa i i ukradkiem rozglądała się, najwyraźniej za źródłem ognia. Znalazłem się na posterunku rzucając mimochodem kilka zdawkowych uwag na temat koncertu. Wróciłem na miejsce i zatonąłem w pozbawionych nadziei rozmyślaniach. Kiedy po raz kolejny wracałem z zaplecza, przedmiot moich westchnień siedział już przy moim stoliku. „Zuzanna” – przedstawiła się –„Zuza jeśli wolisz”. Resztę koncertu spędziliśmy razem. Ona sączyła piwo z sokiem, ja od czasu do czasu wódkę, tłumacząc się lepszą tolerancja organizmu i wsparciem elokwencji. Po skończonym koncercie poszliśmy na Stare Miasto, Trakt Królewski i gdzie oczy poniosły. Rozmawialiśmy o wszystkim, ja o Moskwie, ona o studiach w Lyonie; o mężczyznach, o kobietach; o Brelu, Brassensie, dogmacie Świętej Trójcy, o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy, o dawnych miłościach i obecnych nadziejach. Może o gwiazdach na niebie nie, ale i tak nam cały czas towarzyszyły. Około 4 nad ranem odprowadziłem ją pod klatkę, wypaliliśmy ostatniego papierosa i rozstaliśmy się tak, jak poznaliśmy. Z wzajemną fascynacją, po cichu i bez wylewności. Tak się czasem zastanawiam, czy gdyby alkohol tak szybko ze mnie nie wywietrzał, to czy miałbym odwagę poprosić ją o numer telefonu…
W maju ubiegłego roku, tuz po śmierci mojego Taty, zwróciłem się do jego partnerki o zwrot rzeczy osobistych. Wśród nich był dowód osobisty niezbędny przy załatwianiu pogrzebowych formalności. Otrzymałem de facto odmowę, a majstrowanie znienawidzonego babsztyla przy sprawach pozostałych po moim Tacie doprowadzało mnie do istnej furii. Po trwającej dwa dni bezskutecznej szarpaninie, znajomy adwokat poradził mi, bym zgłosił na komisariacie bezprawne zawłaszczenie dokumentów, a następnie w asyście policji odwiedził ostatnie miejsce zamieszkania mojego Taty. Uspokojony, z przygotowanym planem działania, poszedłem do sklepu po pół litra i piwo. Żeby się „odstresować”. Następnego dnia rano zadbałem o poprawiny i poszedłem się przespać. Wreszcie udałem się na komisariat przy ulicy Wilczej. Obecni na recepcji policjanci w liczbie dwóch wyrazili swoje desinteressement względem mojej chęci złożenia zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Powód wydał mi się oczywisty. Panowie byli w trakcie parzenia sobie kawy i najwyraźniej ja – w roli marudnego petenta – im przeszkadzałem. Zdenerwowało mnie to więc dałem wyraz swojej irytacji. Prawdopodobnie, również za pomocą podniesionego głosu. Zreflektowałem się, więc napomknąłem też o swoich emocjach i wypitym alkoholu. Ale przecież, pomyślałem, nie przyszedłem się awanturować, tylko zdobyć proste zaświadczenie. Policjant zbadał mnie alkomatem i potwierdził obecność alkoholu. Nie musieli zasłaniać się już swoim lenistwem, po prostu kodeks postepowania karnego zabrania przystępować do czynności prawnych osobom nietrzeźwym. Pamiętam, że trzasnąłem bramką prowadzącą na recepcję, po czym, ubarwiając swoje pijackie krasomówstwo stekiem słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne, zrobiłem oniemiałym z wrażenia policjantom wykład na temat funkcjonariuszy publicznych, którzy swoją służbą i poświęceniem, za pieniądze podatnika stają na straży jego praw. A nie piją kawę zamiast. Pamiętam, że patrzyli na mnie jak na małpę, którą ktoś omyłkowo wypuścił z zoo. Opuściłem komisariat trzaskając drzwiami i wylewając z siebie kolejną porcję podwórkowej łaciny. Do domu wróciłem bez przeszkód. Biorąc pod uwagę maniery naszej policji do dzisiaj się dziwię, że nie oberwałem pałą po głowie, zakuty w kajdanki i wywieziony na izbę z postawionymi zarzutami miotania gróźb karalnych i stawiania czynnego oporu. Z pewnością bardziej stanowcza interwencja posterunkowych pozwoliłaby na zebranie stosownego materiału.
Wieczornemu eksploatowaniu zasobów internetu, od kilku lat towarzyszył mi alkohol. Wódka, piwo, nalewki. A najczęściej wszystko razem. Moja głowa pracuje wtedy szybciej – tłumaczyłem sobie – a wyobraźnia nabiera barw. Któregoś razu, zdenerwowany niewłaściwie, jak mi się zdawało, aplikacją postanowiłem usunąć ją i zastąpić nową wersją, spiraconą. Nie chciała mi odpalić więc zacząłem grzebać w rejestrach. Na trzeźwo dawałem sobie z tym radę. Na trzeźwo. Poirytowany nie dość doskonałym formatem wyświetlanego obrazu zacząłem czytać znalezione w sieci instrukcje w języku angielskim. Którym nie władam. Każde kolejne niepowodzenie kwitowałem szklanką wódki. Po omacku ściągałem z sieci jakieś śmiecie, co chwila resetując komputer i uruchamiając ponownie. Moja niecierpliwość nakręcała stan galopującej irytacji. Przecież nie pozwolę się pokonać głupiej maszynie! Dopiąłem swego. W efekcie rozwiązywania problemu za pomocą metody prób i błędów doprowadziłem ją do stanu śmierci klinicznej. Wtedy otworzyłem kolejną butelkę i postanowiłem zrobić rzecz najgłupszą na świecie – przeinstalować system. Była może 2 – 3 w nocy, gdy zamroczony alkoholem stwierdziłem, że dwie partycje rozmnożyły mi się w cztery. I nie był to efekt podwójnego widzenia. Pamięci na dyskach wirtualnych nie byłem w stanie się doliczyć, co gorsza, plików własnych również. Choć trzymałem je na dysku D, wyparowały niczym kamfora. Moje notatki z kilkunastu lat, wszystkie recenzje, artykuły, praca magisterska, materiały do innych prac. Owszem, miałem je zduplikowane na paintdrivie; kłopot w tym, że kilka dni wcześniej zgubiłem go, oczywiście po pijaku. Kolokwialnie mówiąc, moja praca z ostatnich kilkunastu lat poszła ch… p… w d… się j… Skonstatowawszy ten fakt padłem na twarz spać. Następny poranek należał do tych, których człowiek woli nie pamiętać. Wstyd i upokorzenie. Wściekłość na własną głupot e – mało powiedziane. Życzyłem sobie śmierci. Czułem się jak osoba, która poprzedniego wieczoru sama wydała na siebie wyrok, sama wspięła się na szafot, sama uruchomiła dźwignię gilotyny. Tylko, nie wiedzieć czemu, w odciętej głowie nadal kotłowały się najczarniejsze myśli.
P.S Dwa dni później, w oparciu o program do odtwarzania zaginionych plików, wszystkie w formacie word odzyskałem. Głowę również. Zdałem sobie sprawę, że jeśli nie zrobię czegoś ze sobą i swoim piciem, oznaczać to będzie wyłącznie odroczenie wyroku.
Moja Bezsilność
Napisałem o swojej bezsilności nie tylko do alkoholu ale też do różnych aspektów mojego życia. Bardziej skupiłem się na czasie, kiedy jestem trzeźwy a nie kiedy piłem. Bo z bezsilnością tak prawdę mówiąc „spieram się” do dnia dzisiejszego w różnych sytuacjach.
Moja bezsilność idzie w parze z akceptacją. Akceptacja na życie i swoje niedoskonałości. Krok 1 programu AA „Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem ” to podstawa mojego dzisiejszego życia. Żałuję, że tak długo zajęło mi zaakceptowanie tego, że nie będzie alkoholu w moim życiu jak chcę być trzeźwy. Łatwo było mi zaakceptować to, że jestem alkoholikiem, niż to, że do końca życia nie będę mógł pić normalnie. Normalnie – żart, że nie będę mógł pić.
Bycie trzeźwym to praca każdego dnia. Praca mozolna i trudna ale dającą satysfakcję. Tak jak jest napisane w Obietnicach AA. One się kiedyś spełnią, tylko trzeba poczekać raz krócej raz dłużej. Ta praca trwa do dziś. Nie powiem początki moje były ciężkie. Cały czas walczyłem ze sobą, ze swoją bezsilnością do wszystkiego. Ogólnie wyłem każdego dnia, bo było mi bardzo ciężko. Nawet próbowałem szukać pomocy w Sile Wyższej czytaj Bóg ale wtedy nie byłem jeszcze gotowy na to spotkanie. Musiało minąć sporo czasu nim ponownie połączyłem się z moją Siłą Wyższą. Pamiętam jak podejmowałem decyzje po wyjściu z terapii o tym, aby się wyprowadzić do syna i zamieszkałem sam. Wyprowadziłem się, bo bałem się, że zapije, kłócąc się z byłą żoną. Każdy z boku mówił mi, że jestem cholernym egoistą jak tak robię. Moja Mama, dziwiła się co ja wyprawiam. A ja po prosty chciałem być trzeźwy. Ale to był dopiero początek. Najgorsze dla mnie były rozstania z synem. Nie mieszkaliśmy razem a On potrafił mi powiedzieć przed zaśnięciem, abym wrócił do domu. Tłumaczyłem mu, że mieszka z Nim wujek i ja nie dam rady. On odpowiadał mi, że wujka wygonimy, tylko wróć. Zaciskałem wtedy zęby, aby się nie rozpłakać. Biłem się z myślami, kłócąc się ze sobą. Co mam zrobić? To był dla mnie kolejny przykład mojej bezsilności. Nie mogłem mu obiecać tego co chciał. Ale zawsze mu mówię, że Go kocham, że jestem blisko i to, że nie mieszamy razem nie przeszkadza, aby mógł do mnie w każdej chwili zadzwonić, abyśmy się spotkali.
Chociaż minęło już kilka lat nadal widzę jak mogę być bliski dnia, kiedy znowu mogę wrócić do picia. Jak muszę uważać, dbać o siebie i swoją trzeźwość. Nie chcę już być pijanym i prowadzić pijane życie. Bardzo podoba mi się teraz moje życie. Trzeźwe, prawdziwe życie. Nie życie pijane, marzeniowe. Dziś wiem, że nie mogę i nie chcę sięgnąć po ten przysłowiowy pierwszy kieliszek. Będąc na terapii, chodząc na mityngi i słuchając innych osób zacząłem przekładać krok 1 AA i bezsilność na swoje trzeźwe życie. Po latach szarpania się z eks, niekończącej się sprawie rozwodowej, poddałem się. Nie chciałem walczyć. Uznałem bezsilność. Ktoś pomyśli, że wygrała. Może i tak ale w jej myśleniu. To ja byłem zwycięzcą. To ja byłem spokojniejszy i nie przenoszący swoich emocji na całą rodzinę. To ja miałem lepszy kontakt z synem, chociaż utrudniony. Jak się z nim spotykałem, to nie miałem pretensji do niego. Bo co on mógł zrobić. Jest jeszcze za mały, w dodatku jak mieszka z mamą. Dziś się cieszę z jego obecności, z każdej chwili, kiedy razem spędzamy czas. Nawet jak przyjedzie do mnie na 2 godziny i będzie grał na kompie to i tak jesteśmy razem, blisko siebie. Dotykamy się, rozmawiamy. Kiedy nocuje u mnie i wieczorem czytam mu książkę to jesteśmy razem. Chcę napisać jeszcze o jednym uczuciu, które mi towarzyszyło jak ostatnio czytałem synowi książkę. Oprócz tego, że czułem bliskość, to jeszcze on sam z siebie przytulił się do mnie i leżał mi na moim ramieniu słuchając to co czytam. Dawno tak nie byliśmy blisko siebie. Ciepło bijące od nas mogło, by nagrzać nie jeden wyziębiony pokój.
Bezsilność to „fajna” rzecz. Oczywiście nie poddaję się ze wszystkim. Z rzeczami co mogę, zmieniam, ale tych co nie mogę zmienić, to zostawiam. Tak jak jest napisane w modlitwie o Pogodę Ducha „abym godził się z tym czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to co mogę zmienić…” Ile razy ta krótka modlitwa wypowiadana przeze mnie oszczędziła mi nerwów i zdrowia. Ale żeby tak było, trzeba było uznać i zaakceptować tą bezsilność. W domu też wielokrotnie korzystam z tej mądrości. Chociaż od czasu do czasu próbuję walczyć to i tak jest lepiej niż kilka lat wstecz. Wtedy to ja chciałem, aby było po mojemu. Na warsztatach krokowych terapeutka powiedziała mi „Marcin bądź leśniczym co dba o swoje zwierzęta a nie leśniczym co na nie poluje”. Słowa te bardzo wziąłem do serca. Dziś nie poluję na dzieci i nie szukam co nabroili. Nie chcę się zemścić za to, że nie wyszli z psem. Złoszczę się ale próbuje rozmawiać, tłumaczyć. Nie zawsze mi się to udaje ale staram się. Już nie robię sobie projekcji co zastanę w domu i nie nakręcam się. Tu też postanowiłem w jakimś stopniu uznać bezsilność. Ale rozmawiam z dziećmi, tłumaczę im. Raz uda mi się lepiej, raz gorzej. Jak jest gorzej to żona mi to mówi. Dziś jak jestem trzeźwy mogę dokonywać wyboru. Mogę podejmować decyzje. I co najważniejsze dziś mogę żyć w zgodzie ze sobą i starać się żyć w zgodzie z drugą osobą. Dziś mogę pomóc i sam poprosić o pomoc. Bycie trzeźwym to dar wyboru. Jestem po prostu wolnym człowiekiem. Jak pisał i obiecał terapeuta, który prowadził bezsilność na odwyku „Wybór Wolność, Wolność Wybór”. I tak ja dziś funkcjonuje. Jestem wolny i mogę dokonywać wyborów. I ja dziś wybieram czy być trzeźwym, czy wrócić do picia. Dziś akceptuję się jakim jestem. Oczywiście nie raz jestem ze sobą na nie, ale każde takie spotkanie siebie w rozkroku daje mi siłę do pracy. Dziś swoją niemoc staram się zamieniać na siłę na trzeźwienie. Bo mi alkoholikowi dziś ta siła jest potrzebna. Bo kiedy przychodzi kryzys i chce mi się krzyczeć to szukam w sobie tej siły. Jak jej nie mogę znaleźć, proszę o pomoc. Najpierw Pana Boga, później drugiego człowieka. I mając pomocną dłoń przełamuję wszystko co mnie boli. Życie jest tak krótkie, że chcę się cieszyć nim każdego dnia, pamiętając kim jestem.
Boimy się Kochać
o nie jest praca nikogo z nas, natomiast uważam, że to, co napisała Tatyana Varukha jest bardzo prawdziwe. Myślę, że w procesie trzeżwienia warto się dokładnie sobie przyglądać, a ona „podpowiada” na co zwrócić uwagę….
Zapraszam do lektury … i refleksji.
Boimy się kochać, ale chcemy być kochani.
Boimy się odpowiedzi wprost, ale lubimy zadawać pytania.
Boimy się szczerości, ale zawsze żądamy jej w stosunku do siebie.
Boimy się zrobić pierwszy krok, ale czekamy, by ktoś zrobił go w naszą stronę.
Boimy się otwartości, ale nie mamy zahamowań, by zranić bliźniego.
Boimy się zaufać, ale obrażamy się, gdy ktoś nam nie wierzy.
Boimy się być niepotrzebni, ale lekceważymy ukochane osoby.
Boimy się podejmować decyzje, ale zrzucamy wszystko na los.
Boimy się odpowiedzialności i oskarżamy innych o swoje niepowodzenia.
Boimy się opinii tłumu, ale sami łatwo oceniamy innych.
Mówimy „nie kochasz mnie”, aby ktoś zapewnił nas, że to nieprawda.
Mówimy „zimno mi”, kiedy chcemy, by ktoś nas przytulił.
Mówimy „ja ciebie też” w odpowiedzi na słowa o miłości, jakbyśmy odpowiadali na czyjeś uczucie i nie brali odpowiedzialności za swoje własne.
Mówimy „wszystko mi jedno”, podczas gdy coś nas dotyka i rani.
Mówimy „zostańmy przyjaciółmi”, ale nie mamy zamiaru się przyjaźnić.
Mówimy „mamo, tato, nie wtrącajcie się w moje życie!”, ale zrzucamy na nich swoje problemy.
Mówimy „niczego już od ciebie nie potrzebuję”, gdy chcemy dostać to, na czym nam zależy.
Mówimy „kiedyś nie byłeś taki”, podczas gdy sami też byliśmy inni.
Mówimy „nie chcę żyć”, gdy chcemy, aby ktoś nas pocieszył.
Mówimy „dam sobie radę”, gdy potrzebujemy pomocy.
Mówimy „to nie jest najważniejsze”, gdy chcemy przekonać siebie do pogodzenia się.
Mówimy „jest mi dobrze bez ciebie”, podczas gdy na siłę szukamy kogoś, kto wypełni nasze życie.
Mówimy „ufam ci”, gdy jesteśmy targani brakiem zaufania.
Mówimy „robisz to specjalnie!”, podczas gdy sami robimy to samo.
Mówimy „już o tobie zapomniałem”, podczas gdy stale myślimy o tym człowieku.
Mówimy „to koniec”, kiedy chcemy, by to trwało, ale na naszych warunkach.
Mówimy „nie odebrałem telefonu, bo byłem zajęty”, podczas gdy po prostu baliśmy się rozmawiać.
Mówimy „zawsze”, „nigdy”, nie mając świadomości, co to oznacza, gdy chcemy nadać przekonującą siłę swoim słowom i nie jesteśmy w stanie dowieść tego czynami.
Tak wiele mówimy różnych wyrazów, ale kiedy potrzebne jest otwarte spojrzenie i zaledwie kilka ważnych słów – zaciskamy usta, połykamy słowa i milkniemy. Potem znów mówimy wszystkie te kosmiczne bzdury. Dopiero później, „w myślach” , układamy błyskotliwy monolog we własnej głowie ze wszystkimi istotnymi słowami, poglądami, jak w filmie, a następnie odpowiadamy sami sobie właściwymi zdaniami i właściwymi odpowiedziami… Nienaganny teatr jednego samotnego aktora.
Kpimy ze śmierci, ale boimy się latać samolotami.
Chcemy, by zostawiono nas w spokoju, ale stale sprawdzamy nieodebrane telefony i smsy.
Twierdzimy, że życie jest piękne, ale sami niszczymy je w sobie i wokół siebie.
Nie pijemy wody z kranu, bo to szkodzi, ale alkohol, papierosy i fastfoody wchłaniamy bez problemu.
Nie cierpimy chamstwa, ale sami łatwo wpadamy w złość i niezadowolenie w stosunku do świata i innych.
Mówimy o radości, ale własny uśmiech trzymamy pod kluczem.
Denerwują nas cudze wady, ale własne nazywamy „oryginalnością”.
Nie przywiązujemy wagi do opinii publicznej, ale stale pytamy „co ludzie powiedzą?”, „co pomyślą inni?”
Denerwuje nas cudze bogactwo, ale nie mamy nic przeciwko temu, by je dostać.
Zamykamy drzwi na trzy spusty, ale czekamy na cud.
Wiemy, jak zmienić świat, ale nie chcemy zmieniać siebie.
Denerwują nas cudze zalety, ponieważ czujemy się z nimi nieswojo.
Potrzebujemy stabilizacji, ale sami potrafimy niebezpiecznie rozbujać łódź przy najmniejszym podmuchu wiatru.
Jesteśmy uprzejmi wobec obcych, ale obcesowi wobec bliskich.
Widzimy w innych własne odbicie i to nas drażni.
Pragniemy zrozumienia, ale nigdy nie myślimy o motywach innych ludzi.
Obrażamy się, gdy ktoś sprawia nam przykrość, ale zapominamy o elementarnym dziękowaniu.
Ktoś bez przerwy jest nam coś winien, ale zapominamy o własnych długach.
Nie lubimy plotek, ale bez pytania ingerujemy w czyjeś życie.
Odchodzimy, by nas zawracano.
Prowadzimy dysputy o cierpliwości, ale nie potrafimy nawet słuchać bez przerywania.
Przechowujemy grube tomy cudzych grzechów, ale nigdy nie zaglądamy do notesu dobrych uczynków.
Panicznie boimy się śmierci, ale żyjemy tak, jakbyśmy byli nieśmiertelni.
Po prostu… jesteśmy dziećmi, które nie wyrosły.
— Tatyana Varukha
Akceptacja
Kolska. Miejsce, gdzie uśmiech pojawia mi się jak zbliżam się do budynku. Ale kilka lat temu tak nie było. Tu jest izba wytrzeźwień, detoks i oddział zamknięty. Musiałem przejść przez każdy ten poziom, aby być w miejscu, w którym jestem. Tu jest moja obskurna piwnica do której tak chętnie wracam. Tu są moi znajomi, którzy witają się ze mną mając uśmiech na twarzy. Ale wychodząc nie raz z mityngu nie jest mi do śmiechu. I tak było ostatnio. Wyszedłem zdenerwowany. Po raz kolejny zobaczyłem ile zmarnowałem sobie życia, aby zaakceptować, że przegrałem z alkoholem. A było tyle przykładów na to, że sobie nie radziłem. Przegrywałem walkę z wódką każdego dnia, padając na twarz. Dzień po dniu traciłem wszystko, co można było stracić. I nie chodzi mi o pieniądze, prace, prawo jazdy czy szkołę, której nie dokończyłem. Traciłem swoje człowieczeństwo. Swoje morale, uczucia, życie. W dodatku wtedy miałem wszystko to gdzieś. Butelka była najważniejsza i chociaż z nią w ręku, dzień po dniu, staczałem się na dno, nie chciałem tego przerwać. Na detoks nie chciałem pojechać, bo nie widziałem potrzeby. Zostałem tam zawieziony. Zaliczając izbie wytrzeźwień, nadal myślałem, że jest lepszy od tych co byli ze mną w celi. Na terapię trafiłem, bo terapeuta mnie namówił. Skończyłem ją, bo co miałem zrobić. Nie miałem do czego wracać. Terapia poszpitalna to jak to się mówi w AA dupościsk, bo nie chciałem zaakceptować tego, że nie będę mógł pić. Łatwo mi było zaakceptować, że jestem alkoholikiem, ale że nie będę już pił, to już nie. Nawet jak na mityngu, mówił do mnie koleś i mówił o mnie to ja na głowę to brałem, ale w środku nie byłem gotowy. Miało być tak pięknie jak nie będę pił. A tu gówno prawda. Teraz wiem, że przez pierwszy rok, może półtora, tylko dlatego nie zapiłem, bo się bałem. Bałem się, że jak zacznę znowu pić, to się zapije na śmierć. Nie piłem a życie nadal dawało mi po głowie. Awantury z byłą żoną, nerwy, wahania emocjonalne. Miałem wszystkiego dosyć. Inaczej sobie wyobrażałem życie w trzeźwości. Nie miałem jednak pomysłu na ratowanie siebie. W sumie miałem, były mityngi, grupa, terapeuta. Z jednej strony chciałem a z drugiej nie do końca ją potrafiłem przyjąć. Dlatego nie układało mi się z indywidualnym terapeutą. Wymyśliłem sobie, że on jest po szkole i co może mi powiedzieć jak nie pił tak jak ja i nie przeżył tego co ja. Ten pierwszy rok to straszna walka każdego dnia, aby przeżyć. Aby nie zapić. Później rozwód. I szukanie pomocy. Nie chciałem pić, ale byłem bardzo blisko tego. Stchórzyłem. I dziś cieszę się, że tak się stało. Krok 1 i bezsilność, to była podstawa mojej dalszej pracy. Ta praca trwa do dziś. Chociaż minęło już trochę czasu, nadal widzę jak mogę być bliski dnia, kiedy znowu mogę wrócić do picia. Muszę uważać, dbać o siebie i swoją trzeźwość. Dziś, to jest numer jeden w moim życiu. Reszta to dodatek. Dodatek ważny ale nie najważniejszy. Może to i egoistyczne ale moja trzeźwość, dla mnie jest najważniejsza. Bez niej nie będzie nic. Wiem, że może nie każdy się z tym zgodzić. Ale jak nie będę trzeźwy, będę znowu sam, staczając się. Boli mnie to. Boli mnie strata tylu lat. I niech boli, bo wiem co mam robić, aby było lepiej i abym nie wrócić do tego co miałem. Nie chcę już być pijanym i prowadzić pijane życie. Bardzo mi podoba się teraz moje życie. Nie chcę stracić tego co mam i co codziennie przeżywam. I dobrze, że w środę będę na Kolskiej. W mojej obskurnej piwnicy. Bo po raz kolejny pewnie zobaczę i usłyszę, jak łatwo jest wrócić do picia a jak trudno jest być trzeźwym. Spotkania mityngowe prostują mój kręgosłup trzeźwości. Ratują moje chore emocje. Dają mi poczucie ulgi i spokoju. Chociaż wyszedłem z mityngu zły i z bólem, to wierzę, że wszystko wyjdzie mi później na dobre. Dziś akceptuję się jakim jestem. Oczywiście nie raz ze sobą walczę, ale każde takie spotkanie z sobą daje mi siłę do pracy. Dziś swoją niemoc staram się zamieniać na siłę do trzeźwienie. Bo mi alkoholikowi dziś ta siła jest potrzebna. Bo kiedy przychodzi kryzys, chce mi się wyć i wtedy szukam w sobie tej siły. Jak jej nie mogę znaleźć, proszę o pomoc. Tak już umiem prosić o pomoc. I nie jest to dla mnie poniżenie albo słabość. Najpierw proszę o pomoc moją Siłę Wyższą, później drugiego człowieka. Realizuję program 12 kroków w swoim życiu. Ten program miał mi pomóc być trzeźwym a stał się wskazówką na codzienne życie. Drogą, aby być lepszym, szczęśliwszym i radosnym. A przede wszystkim trzeźwym. Dziś nie robię nic sam. Samemu to ja już próbowałem i wracałem do picia. Mając pomocną dłoń czy to bliskich, czy wspólnoty, czy drugiego alkoholika przełamuję wszystko co mnie boli. Bo jest łatwiej. Życie jest tak wspaniałe, że chcę czerpać z niego jak najwięcej. I jedynie żałuję, że tak późno zaakceptowałem, że jestem alkoholikiem i że nie mam najmniejszych szans z alkoholem. A z drugiej strony lepiej późno niż wcale.
Co Dziś dla Mnie Znaczy, że Jestem Osobą Uzależnioną
(W sferze myślenia, emocji zachowania, wyborów i ograniczeń wynikających z choroby i zysków z trzeźwienia)
Około dwóch tygodni temu zadzwonił do mnie kolega z Klubu (który jest jeszcze w terapii) i poprosił o poradę w sprawie pracy, którą zadała mu terapeutka. Niestety nie bardzo mogłam mu pomóc, bo jak wiadomo tego typu prace są bardzo osobiste. Jednakże z tej rozmowy telefonicznej wyniosłam coś dla siebie – temat pracy wydał mi się bardzo ciekawy i dający do myślenia. Skłonił mnie do reflekesji i natchnął, by w przeddzień swojej 2. rocznicy abstynencji zrobić kolejne resume.
Co dziś dla mnie znaczy, że jestem alkoholiczką? Przede wszystkim to, że nie piję, a mimo wszystko żyję normalnie, korzystam z życia i dążę do szczęścia. Znaczy to dla mnie, że jestem osobą świadomą siebie, czujną na pojawiające się we mnie emocje i uważną na konotacje między swoimi decyzjami, zachowaniami i działaniami, a tym, co dzieje się w moim wnętrzu. To dla mnie bardzo ważne. Gdy wyczuwam silne emocje, od razu szukam przyczyn i analizuję czy są adekwatne do zaistniałej sytuacji. Sprawdzam, czy do moich myśli, nie próbują przedostać się mechanizmy uzależnienia. Jest to ciągle trwający proces, który pozwala także na uświadomienie sobie i pracę nad problemami czy zaburzonymi reakcjami mającymi często swoje źródło w dzieciństwie, a nie koniecznie związanymi z uzależnieniem. Pozwala to na ogólny rozwój osobisty, a w konsekwencji na poprawę jakości życia emocjonalnego.
Uzależnienie to także wyrzeczenia i ograniczenia, które stawiam sobie z pełną świadomością tego, co może mi zaszkodzić, a co pomóc. Unikam miejsc, gdzie spożywa się alkohol, oraz jakiegokolwiek kontaktu z osobami pod jego wpływem. Świadoma konsekwencji i dyskomfortu związanego z obecnością alkoholu w moim otoczeniu, nie bez żalu, zrezygnowałam z dwóch wesel moich przyjaciół. Mimo to nie rezygnuję z zabawy. Jeśli mam ochotę, to bawię się w miejscach i wśród osób, które nie stwarzają żadnego ryzyka. Otaczam się ludźmi trzeźwiejącymi. Mam dużą sieć kontaktów, takich bliskich osób, do których zawsze mogę zadzwonić i sie wygadać – to dla mnie wyjątkowo istotne, bo wiem, że nie jestem osamotniona w swojej chorobie.
Alkoholizm to także stawianie sobie warunków i umiejętność informowania osób spoza naszej „alkoholowej rodziny” o tym, że jeśli na spotkaniu, na które mnie zapraszają planuje się spożywanie alkoholu, to mnie na nim nie będzie. Zawsze można spotkać się w innym terminie, np. przy kawie.
Moja choroba to dla mnie także wyjazdy do Morawicy, na zjazdy na oddziale, gdzie byłam na odwyku. Wysłuchiwanie świadectw osób z wieloletnim stażem abstynencji, które do swojego trzeźwienia podchodzą z ogromną pokorą i uczenie się od nich tej pokory. To także przypominanie sobie o swoich początkach trzeźwego życia, gdy wypowiadają się osoby będące jeszcze na oddziale. Te wyjazdy i spotkania z naprawdę niewielką garstką osób, która pozostaje trzeźwa, a swoje niepicie zaczynała razem ze mną, to element tego, co nie pozwala mi zapomnieć kim jestem.
Uzależnienie to akceptacja tego, że w trudnych chwilach pojawiają się i będą się pojawiać myśli o alkoholu i chęci, by nieprzyjemne emocje stłumić tym, co działa tak szybko i jest tak łatwo dostępne. Jednakże świadomość swojej choroby sprawia, że wiem , że to nie pomoże, tylko skumuluje problemy, wygeneruje nowe i zostaną odłożone na później. Moja determinacja do tego, aby nie wrócić do pijanego życia sprzed 2 lat sprawia, że nawet, gdy jest mi bardzo źle, to staram się szukać konstruktywnych rozwiązań problemów, a nie iść na łatwiznę.
Mój alkoholizm to moja obecność i aktywność w naszym Klubie, kontakt i przyjaźń z osobami, które tutaj przychodzą. To organizowanie wspólnych rozrywek, żeby normalnie żyć i cieszyć się życiem. To przychodzenie tutaj po pomoc i wsparcie w ciężkich chwilach i oferowanie pomocy innym.
Moje uzależnienie cały czas uczy mnie asertywności – dbania o swoje granice, potrzeby i mówienia o swoich uczuciach. Uczy i pozwala na bycie sobą i życie w zgodzie ze sobą wśród osób, które mnie akceptują, wspierają, doceniają i szanują. Uczy mnie ono szacunku do samej siebie.
Najważniejszą i najbardziej wartościową konsekwencją mojej choroby jest trzeźwienie, które poprzez poznawanie siebie, rozwój wewnętrzny, dążenie do emocjonalnej harmonii, pozwala mi pracować nad relacjami w rodzinie – z mężem i dziećmi. To oni są największą wartością w moim życiu i niestety właśnie ich najbardziej zaniedbywałam, gdy piłam. Teraz bycie z rodziną, w rodzinie, przy rodzinie i dla rodziny jest dla mnie jednym z najważniejszych celów trzeźwienia.
To był dla mnie długi rok….zdecydowanie bardziej burzliwy niż pierwszy. Z większą huśtawką emocjonalną – najpierw kilka miesięcy euforii, a potem kilka miesięcy bólu i cierpienia, depresji. Najważniejsze, że teraz, z pomocą psychiatry i mojej kochanej terapeutki powróciłam do równowagi emocjonalnej i znów czuję, że trzeźwieję, a nie tylko zachowuję abstynencję. Obym wyciągnęła wnioski z wydarzeń minionego roku i nie doprowadziła do takich silnych przeżyć w przyszłości.
3 Rocznica Abstynencji
To już dziś… a ja dopiero piszę…dziwnie…jakoś tak inaczej w tym roku. Później…. chociaż byłam w miniony weekend na zjeżdzie w Morawicy to już się jakieś refleksje pojawiły. Chwile zadumy nad minionym rokiem….
To była ważny rok…zaczął się bardzo kiepsko…skończył też kryzysem ale pomiędzy był piękny, aktywny i konstruktywny czas. Duzo osiągnełam. Rolki w sezonie dodają mi energii do działania. To maja pasja….mój olej napędowy. Gdy ich braknie zmieniam się, spowalniam. Zaczęłam w tym roku jeżdzić samochodem. Najpierw był skuter, a potem auto. To jeden z punktów planu trzeźwienie. W końcu zrealizowany. Jazda aute daję bardzo duże poczucie wolności i niezależności. To coś nowego dla mnie. Korzystam z tego.
Pamiętam jak pierwszy raz jechałam autem sama na zjazd. Emocje niesamowite. Czułam, ze świat stoi przede mną otworem, że mogę wszystko, że nie ma rzeczy niemożliwych, że osiągnę wszystko, czego pragnę. Kontrastowałam to z tym, jak mnie ponad 2 lata wcześniej mąż wiózł na odwyk. Zrezygnowaną, poddaną, skruszoną, winną, bez wiary w siebie. To byłam zupełnie inna ja. Nie chce już takiej Mai.
w minionym roku zostałam też wybrana zastępcą prezesa naszego stowarzyszenia. To ogromne wyróznienie i bardzo duże zaufanie i odpowiedzialność. Czasem się boję, że nie podołam, ale daje z siebie wszystko. Do tego zostały powierzone mi dyżury w klubie. Znów poczułam się zaszczycona, doceniona i obdarzona ogromnym zaufaniem. Czuję się tutaj bardzo na miejscu i bardzo potrzebna. Cieszę się, że mogę swoją działalnością w tym Stowarzyszeniu w jakiś drobny sposób pomagać innym ludziom.
pierwszy raz było mi również dane rozmawiać z Pacjentami w poradni uzależnień. Byłam tam i opowiadałam o swojej drodze trzeźwienia. Pokazywałam co robiłam, żeby po terapii nie wrócić do picia. Znów czułam, że jestem w swoim żywiole. Ludzie słuchali mnie z zainteresowaniem i swobodnie zadawali pytania. To mnie dowartościowywało. Czułam, że swoim sposobem na życie zaszczepiam w nim chęć na trzeźwienie.
Klub, tak jak i zjazdy i Mitingi w Morawicy są dla mnie nieocenioną pomocą w trwaniu w trzeźwości. I to nie chodzi o samo miejsce czy zjazd. To chodzi o ludzi, których tam spotykam. Dostaję od nich ogromną porcję pozytywnej enrgii, zaufania, zrozumienia, akceptacji…Niektórzy mówią :”nie musisz jeżdzić tak często na te zjazdy”, a inni „za bardzo poświęcasz się dla Kluby”. A ja wiem co robie. Robię to, czego mi potrzeba. I tu i tu mam przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć. Poczucie, że nigdy nie jestem samotna dodaje mi sił w trudnych chwilach. Niesamowita jest moc drugiego człowieka w procesie trzeźwienia.
W maju 2017 roku zakończyłam terapię. To była moja decyzja. Poczułam się już gotowa. Myślę, że to był dobry ruch. Mam narzędzia, mam nowe doświadczenia, mam wiedzę. Korzystam z tego, umiem sobie radzić, umiem prosić o pomoc. Czuje się panią swojego losu. Odzyskałam kontrole nad swoim życiem. Kolejny cel planu trzeźwienia osiągnięty.
Kolejny rok minął i jestem o krok bliżej do mojego głównego celu – bycia terapeutą uzależnień. Zgłosiłam się na Program PRO. Po tym będę mogła poważnie zacząć o STU. Mam już nawet załatwiony staż w poradni uzależnień. Ludzie widzą moją pasję w tym obszarze. Ufają, że będę w tym dobra. To mnie bardzo podbudowuje.
Jedna ogólna bardzo pozytywna refleksja na koniec – jak się nie pije, to się spełnia marzenia i idzie do przodu. Kocham swoją trzeźwość i cieszę się, że 3 lata temu zwątpiłam w siebie i zaufałam specjalistom.
List Pożegnalny 2
Do Alkoholu,
Alkoholu !!! Mam dla ciebie złą wiadomość. W trosce o moje własne życie i ludzi mnie otaczających rozstaję się z tobą. Nie pozostawiam cię jednak bez wyjaśnień. Nie robię tego z szacunku do ciebie ale po to abyś zrozumiał, że nie ma w moim życiu dla ciebie miejsca. Decyzja moja pozostaje bezwzględnie niezmienna, tak jak choroba którą się zaraziłem nieodwracalna.
Konsekwentnie dążyłeś do tego aby zniszczyć moje życie i doprowadzić mnie do śmierci. Nie wybaczę ci tego do końca moich dni. JESTEŚ MORDERCĄ !!! A życie ludzkie jest dla mnie najwyższą wartością . Tłamsiłeś moje uczucia, poniewierałeś mnie, kopałeś, zrównałeś z dnem poczucie mojej własnej wartości. Zasady moralne starłeś na proch. Pamiętam jak pod twoim wpływem podjąłem decyzję by przerwać studia. Byłeś wtedy ze mną. Szeptałeś mi zostaw to, nie dasz rady, nic dobrego Cię tam nie czeka. Przecież masz mnie. Nikomu innemu na Tobie nie zależy. Czułem się wtedy taki samotny i odrzucony, że karmiłem się tymi kłamstwami a ty w swej przebiegłości dążyłeś do realizacji swojego złowieszczego planu. A pamiętasz jak o mały włos nie straciłem przez ciebie życia, kiedy na dyskotece tak mnie omamiłeś, że straciłem zdolność odczuwania uczuć wyższych? Stałem się wtedy bestią. Dziką, niepowstrzymaną złością dążącą tylko do rozładowania agresji za pomocą przemocy. Spowodowałem wtedy bójkę z osobą, którą znałem i szanowałem. Ochroniarze rozpylili wtedy tyle gazu w moją stronę, że omal nie straciłem życia. Uratowała mnie karetka, która zabrała mnie do szpitala. Twój plan pozbawienia mnie życia nie powiódł się wtedy ale rozwijałeś we mnie myśli wstydu, zaniżałeś poczucie mojej własnej wartości bym musiał wracać do ciebie każdego dnia. Otaczający mnie ludzie zaczęli się mnie bać, co jeszcze bardziej utwierdzało mnie w poczuciu osamotnienia i odrzucenia. Odsunąłem się od rodziny, przyjaciół. Zacząłem wkraczać w wirtualny świat komputera kompletnie oderwany od rzeczywistości. Pamiętam jak prowokowałem do kłótni rodziców będąc pod twoim wpływem. Jak przemoc psychiczna, którą wobec nich stosowałem zaczęła sprawiać mi przyjemność. Myślałem wtedy, że skoro ja tak bardzo cierpię to dlaczego oni mają mieć spokój. Pamiętam jak sprowokowałem tatę, żeby uderzył mnie w twarz. Czułem się wtedy dumny, że mi się to udało. Po tym wydarzeniu rodzice nie wytrzymali i musiałem się wyprowadzić z domu. Nie dało mi to jednak do myślenia i przepełniony goryczą i złością odsuwałem się od nich coraz dalej.
Przykłady mógłbym jeszcze mnożyć ale czas już kończyć. Chcę żebyś odszedł raz na zawsze z mojego życia. Od tej chwili ja Maciej trzeźwiejący alkoholik decyduję o swoim własnym życiu. Chcę sam podejmować decyzje i z podniesionym czołem ponosić ich konsekwencje. Chcę sam kierować własnym życiem i nie potrzebuję do tego ciebie alkoholu.
Żegnaj !!!